Zaczęłam od tablicy na Facebooku, ale tam aktualnością wpis jest bardzo krótko. Założyłam więc tablicę, na której aktualności zależą ode mnie. Są to głównie śmiesznostki - opisy zabawnych sytuacji, których byłam świadkiem lub uczestniczką i cytaty z książek.
piątek, 23 września 2016

Nie wiem, czy wy, kiedy byliście mali, bawiliście się we "W którym uchu mi dzwoni?". Zasady są banalnie proste: kiedy komuś dzwoni w uchu, pyta pozostałych, czy wiedzą w którym. Nic oczywiście z tego nie wynika, ale tak się robi. Tłumaczę, bo jak zapytałam Ewelinę, w którym uchu mi dzwoni, to ona z kolei zapytała, czy to ma jakieś znaczenie.
Na urodzinach Kasi Daniel siedział po mojej prawej stronie i bardzo głośno mówił. Radia "Wolna Europa" nie zagłuszali lepiej. Odzywam się w końcu do niego:
- Daniel, mów ciszej, bo mi w uchu dzwoni.
Na co on:
- To możemy się pobawić we "w którym uchu mi dzwoni?".
Cwaniaczek, na pewno znałby odpowiedź.


Asia dostaje się na swoje miejsce, przechodząc przy tym nad kolanami Daniela. Daniel głaszcze ją po udzie:
- Noga mojej żony - mówi z zadowoleniem.
- On dotknął mojego uda! - wykrzykuje Asia. - Publicznie!
- Za trzydzieści lat będziesz to wspominała z rozrzewnieniem - komentuje Stefan.


- Patrzcie, jak Stefan śmiesznie rusza nosem.
- Może kozy tak mu się tam ruszają.
- Wypuszcza na pastwisko.
- Teraz już noc, to na noc je zaganiam - odpowiada na to Stefan.


Stefan oznajmił, że nie może dziś uprawiać seksu z Kasią, bo, jak to określił, Kościół mu zabrania. Wszyscy fani naturalnych metod planowania rodziny obruszyli się, ponieważ Kościół nie zabrania mu współżycia, kiedy jego żona ma dni płodne - Kościół wręcz zachęca do rodzicielstwa, które wszak zainicjować można jedynie podczas dni płodnych.
- Kościół ci zabrania?! Kościół?! Ty hipokryto! - darliśmy się więc.
Później graliśmy w grę, której instrukcję czyta B.:
- Możesz przeskoczyć pionek innego gracza...
- Co? - pyta Stefan. - Ciszej, nie słyszę.
- Stefan, no możesz przelecieć gracza - odpowiada Daniel. - Dziś jest taki dzień, że można przelecieć wszystkich.
- Nie, mojej żony nie - sprzeciwia się Stefan. - Tylko ja mogę.
- Nie możesz. Kościół ci zabrania.


Jak już się rzekło, graliśmy w planszówkę. Trzeba było w ciągu trzydziestu sekund wymyśleć jak najwięcej haseł w danej kategorii, z każdym kolejnym hasłem przesuwając pionek na pola z innymi literami. Pionki poruszały się do przodu i na boki, więc niekiedy gracz miał kilka liter do wyboru. Ja grałam w parze z Dorką.
Kategoria "powody zwolnienia kogoś z pracy".
- Litera Ł?
- Łóżkowe sprawy - odpowiadam.
- Litera h?
Myślimy, myślimy, a piasek w klepsydrze przesypuje się nieubłaganie.
- Chujem kogoś nazwanie! - woła triumfalnie Dorka. - A nie, to przez "ch".


Kategoria "rzeczy, które śmierdzą".
- Na literę "ś"?
- Śmierdzące trampki.
- Na literę "a"?
I ponownie Dorka wykazała się kreatywnością:
- Antylopa, która zdechła.


B. prowadzi pionki A., która siedzi dość daleko i nie patrzy na planszę.
A.: Jakie mamy litery?
B.: Macie cztery litery.


Na zewnątrz pada deszcz. Tata i jego mały synek wsiadają do tramwaju.
- Dlaczego tu jest tak ślisko? - pyta chłopczyk.
- Bo napadało - odpowiada tata.
- Ale w tramwaju nie pada.
- No nie - potwierdza ojciec.
Upływa krótka chwila ciszy.
- Dlaczego jest ślisko? - pyta ponownie mały.
- Bo napadało.
No to pogadane.


Dzwonię na infolinię MPK. Głos w słuchawce oznajmia: "jesteś szósty w kolejce". Po chwili, znienacka: "jesteś drugi w kolejce". Na to ja, zupełnie bezwiednie:
- O, przeskoczyło trzy osoby i już jestem drugi.


Kiedyś w sklepiku u benedyktynów nabyłam przygotowaną wedle tajemnej receptury herbatkę, mającą korzystnie wpłynąć na mój metabolizm. Herbatka ta smakowała jak krupnik z dodatkiem mięty. Nie pamiętam całego składu, ale na pewno były tam mięta i marchewka. Kiedy wieczorem wróciłam z klasztoru, tata nalał mi lampkę Martini i siedziałam sobie z kieliszkiem Martini i kubkiem aromatycznej, bardzo aromatycznej herbatki. No bo wiecie, na trzeźwo się tego nie dało pić. Kiedy odwiedził mnie kolega historyk i usłyszał o moim zakupie, koniecznie chciał go skosztować. Benedyktyński eliksir znajdował całkiem smacznym i kilka razy, będąc u mnie, prosił właśnie o metaboliczną herbatkę. Stefan, który także jest historykiem, również ocenił herbatkę nie najgorzej. Nie wiem, co jest z tymi historykami.
Ostatnio Asia zrobiła zdrowy koktajl, który w smaku był zbliżony do tej herbatki.
- Wiesz, co tam jest? - pyta Asia. - Nie zgadniesz.
- Na pewno mięta, a to słodkie to chyba marchewka albo jabłko.
- Nie. Seler, kiwi i mango. Jak ci smakuje?
- Podejrzane, ale niegroźne.
Mówią, że żona ma coś z matki. Kiedy przypomnicie sobie kulinarne nowinki-zdrowinki mojej mamy, chyba wspólnie będziemy mogli potwierdzić tę tezę.


W małżeństwie mojego brata jest sprawiedliwy podział obowiązków: raz gotuje on, a raz ona. Wygląda to na przykład tak:
Daniel: Asiu, chcesz zobaczyć, jak robię pieczeń?
Asia: No pewnie.
Daniel: To bierz nóż i pokrój cebulę.

środa, 31 sierpnia 2016

Jak już wspominałam, mama bardzo zdrowo mnie karmi, gdy tylko ma po temu sposobność. Idziemy przez plac targowy i mijamy stoisko z warzywami. Następnego dnia miałam wracać do Krakowa, więc mama mówi:
- A może chcesz papryczki na drogę? - Nie, papryki to nie - odpowiadam z niechęcią. Na to facet, który owo dobro sprzedawał, pyta, przeciągając sylaby jak czynią ludzie zdegustowani i oburzeni:
- Jak to nie? Papryczki?


Poprosiłam mamę, żeby pomogła mi obsłużyć bankomat. Moja mama takich urządzeń na co dzień nie używa, więc nie widząc menu, instruowałam ją, jak to się robi. Doszłyśmy do etapu wypłaty gotówki.
- Ile chcesz wypłacić?
- Dwieście pięćdziesiąt.
- Dobrze. TO wciskam dwieście i wciskam pięćdziesiąt - I tak też zrobiła. Nie zdążyłam jej powstrzymać, bo mówiąc, naciskała. Bankomat potraktował poważnie tylko pierwsze polecenie i wypluł dwusetkę.


Asia opowiedziała mamie, jak ona i Daniel spędzili randkę z okazji rocznicy zaręczyn. Mama próbowała opowiedzieć to z kolei mnie. Brzmiało to mniej więcej tak:
- Poszli do jakiejś kawiarni z takim jakimś jedzeniem dziwnym. Nie powiem ci, jaka to była dokładnie kawiarnia, ale jedli tam obiad, a potem poszli na lody. I ten obiad był taki oryginalny. Co to tam było? Jakaś zupa z czymś... Ostra jakaś chyba? Nie pamiętam. W każdym razie wiem, że lody Daniel zjadł pistacjowe. Czy z jakąś żurawiną ta zupa była?
Mówię więc do mamy:
- Mamo, ty byłabyś niezłym korespondentem wojennym. Twoja relacja wyglądałaby tak: coś tam wybuchło czy jakoś tak. Nie wiem, ale chyba ktoś coś wysadził. Ktoś tam zginął. Nie wiem dokładnie, ale tak mówili, że niby ktoś tam zginął. Nie powiem już teraz dokładnie.
Ale wiecie, jaka jest tego zaleta? Moja mama w ogóle nie rozsiewa plotek. No bo jak miałaby to robić? Natomiast mówiąc poważnie, ona ma po prostu bardzo dobry charakter i nie jest plotkarą. Wyobrażacie sobie cierpienia plotkary ze złą pamięcią? I powiem wam jeszcze coś, co uświadomiłam sobie, pisząc tę notkę. Daniel i Asia osobiście opowiedzieli mi, co jedli na ten obiady i ja również nie zapamiętałam. To była jednak naprawdę dziwna zupa.


Kuzynka rozmawia o weselu z szesnastoletnim kuzynem:
- Czuję, że dostaniesz zaproszenie z osobą towarzyszącą.
- Tak tak, on ma dużo kolegów - odpowiada jego starszy brat.
- Jak go zapytałem, czy jest gejem, to powiedział, że on nie, ale jego chłopak jest - ripostuje natychmiast młodszy.


Są na sali damy? Jak są, to niech pominą ten akapit, bo będzie grubo, he he. Na imprezie M. rozkręcił się na dobre albo raczej na głupie. Wyszedł z pokoju grzecznie zawiany, a wrócił, niemniej wprawdzie zawiany, ale mieniąc się galerianką tudzież gejem. Zapytał bardzo uprzejmie, czy komuś zrobić lodzika. K. zapoznał się z cennikiem i jeszcze nie ogłosił ostatecznej decyzji co do zamówionej usługi, a już M. zaczął udawać, że przystępuje do realizacji. Rekwizytem w tej scenie był banan. A., chcąc zapewne uwolnić K. od natrętnej galerianki, podstawił M. kieliszek.
- Przepij sobie - doradził życzliwie.
- Spierdalaj, w pracy nie piję!


Rozimprezowaliśmy się do późnej godziny i tylko czekałam, kiedy przyjdzie ktoś z ochrony, żeby nas uciszyć. Muzyka ryczała na całego: Ozone i nieśmiertelne "Numa numa jej" czy jakoś tak, "O, Ela Ela", a nawet ludowa "Kalina malina", a to wszystko w bloku, przy otwartych drzwiach na taras. Nikogo, nikogutko. Wreszcie rozbrzmiał ostatni, jak się okazało, hit tej imprezy i już po pierwszym refrenie zadzwonił dzwonek.
- Kończymy imprezę - mówi ochroniarz.
Na to kuzyn od ciętych ripost:
- Czego on chciał? To przecież była tylko Arka Noego.


Mój mały kuzyn bardzo ładnie mówi "sz", ale ponieważ tak dobrze mu to idzie, to na przykład kupił szpodnie, a kiedy wujek zapytał go, czy wytrzyma przez całą noc na weselu, odpowiedział: "jaszne". Tenże kuzyn grał na telefonie w jakieś samochodziki i zauważył, że nie musi nawet dotykać ekranu, żeby samochód jechał. Skomentował to tak: "Szam jedzie! What the fuck?". Kiedy pójdzie do szkoły, nie będzie miał problemu z angielskim.

środa, 20 lipca 2016

Na urodzinach Moniki graliśmy w "Party time". Uczestnicy dzielą się na pary. Każdej parze przypisany jest pionek, który porusza się po planszy o tyle pól, ile warte jest zadanie, które para ma do wykonania. Zadania polegały zazwyczaj na naprowadzaniu partnera na jakieś słowo różnymi sposobami. Oto, jakimi niezbadanymi ścieżkami biegły nasze skojarzenia.

Podpowiedź Zuzy: Ma ją każdy człowiek, zwłaszcza wierzący.
Odpowiedź: Dusza.
Wygląda więc na to, że ateiści mają duszę w wersji home edition, a wierzący professional. Ciekawe, jakie dusze mają muzułmanie. Może wkrótce się o tym przekonamy.


Podpowiedź Piotra: Ryba, której nie warto jeść przed randką.
Właściwa odpowiedź: Śledź.
Odpowiedź udzielona: Sum.
Dlaczego akurat sum? Nie wiem, nie jadłam.


Podpowiedź Piotra wygłoszona z wielkim zaangażowaniem: Taki zespół, który śpiewa "Heeeja!". A nie, to nie oni.
Odpowiedź: Black and peace.


Podpowiedź Mańka: Wchodzisz do takiego pomieszczenia i za parawan. Tam dostajesz kartkę. Ale nie robisz tam nic sprośnego, tylko zaznaczasz.
Odpowiedź: Wybory.


Inne zadanie polegało na tym, że jeden z graczy losował wyraz i układał zawierające go zdanie, a druga osoba musiała wymyśleć rymowane zakończenie. Powstało między innymi:
- Tort smakuje miodem i pachnie mi wrzodem.
- Robię szybki slalom, mówię Żydom szalom.
- Stefan to degradacja, kiedy nadchodzi kolacja.


Stefan naprowadza mnie na nazwiska vipów - gwiazd, których ani on, ani ja w ogóle nie znamy, a zatem wymienianie ich piosenek czy filmów, w których grali, byłoby zupełnie bez sensu. Nic to jednak dla Stefana - kreatora niebanalnych podpowiedzi.
- Taki Jaś.
Johnny.
- I nazwisko takie - Tu zaczął energicznie tupać. - Gaz, gaz! - Johny Depp.

- Ma imię hiszpańskie, a nazwisko szkockie.
- Juan McKensie.
- Nie, Grzesiek.
- To McGregor.
Pisząc tę notkę, sprawdziłam tego McGregora w internecie i okazuje się, że ma na imię Evan, więc nie wiem, o co chodzi.

- Imię jak twój brat.
- Daniel.
- Nazwisko od krojenia.
- Daniel Craig.


Podpowiedź Mańka: Kładzie się ją na łóżko. Taki głupi wyraz.
Odpowiedź: Kapa.


Również Maniek: Taki jest gej i kobieta.
Odpowiedź: Wrażliwy.


Podpowiedź Zuzy: Masz ją w domu, ale może być publiczna.
Odpowiedź: Toaleta.


Nadal Zuza: Jest długi i śmierdzi.
Odpowiedź: Kanał Sueski.


Podpowiedź Karoliny: TO rośnie na drzewach. Możesz to zrywać i jeść.
Odpowiedź: Liście.


Podpowiedź Mańka: Śpisz sobie, a tu cię dusi w nocy. Nie żona.
Odpowiedź: Zmora.


Ponownie Maniek: Ktoś przykry, bo wejdzie do domu, jak ktoś umrze i pyta, jak się ma ten zmarły.
Odpowiedź: Grubianin.


Podpowiedź: Robi stoły.
Odpowiedź: Stolarz.
Na to Daniel: A miałem już powiedzieć, że Jezus.


Asia: Daniel czasem zapomina o zasłonięciu żaluzji. Wychodzi z wanny i beztrosko łazi po całym domu. Już go pewnie sąsiedzi zza naszego okna znają.
Łukasz: A trafia tam do Kaśki?
Asia: Kasia jest jego siostrą.
Ja: Ale ci za moim oknem go jeszcze nie znają.
Asia (z przerażeniem): Ale tam są przedszkolaki!
Łukasz: Niech się uczą od małego.
Daniel (oburzony): Dlaczego od małego? On jest całkiem spory.


Na urodzinach chcieliśmy urządzić karaoke. Piotrek włączył głośniki, ale coś było nie tak i prawie nie słyszeliśmy muzyki. I wtedy jedna z nas znalazła świetną radę na tę awarię:
- Jak będziemy cicho, to będzie słychać.


Jadąc autobusem, usłyszałam, jak dziewczyna rozmawia przez telefon:
- TO jest na przeciwko Floriańskiej. - No co ty? Nie wiem, czy po prawo, czy po lewo. Ja się nie znam na stronach. Ja w domu mam karteczki "prawo", "lewo".


Dorka siedzi sobie w tramwaju, gdy wtem zagaja do niej jakiś facet:
- Dlaczego pani ma dwa różne buty?
Dorka patrzy na buty, ale są z jednej pary.
- Prawy i lewy - objaśnia pan.
Na to odzywa się siedząca obok kobieta:
- A dlaczego pan ma kolana z przodu?
- Bo inaczej się nie da - odpowiada on.
Potem okazało się, że jest lekarzem ortopedą. Przez telefon pouczał swojego praktykanta, że do kręgosłupa nie zagląda się jak do dupy.


Na wieczorze panieńskim podczas grania w "Pytanie czy wyzwanie":
- Z którym z imprezowiczów poleciałabyś w ślinę?
- Z Kasią, bo dba o higienę jamy ustnej i nosi szczoteczkę nawet na wesela.


Wyzwanie: Jeden z imprezowiczów robi ci masaż i wyznacza miejsce.
Jedna z nas: Okej, to na dywanie.


Poprosiłam jakiegoś przechodnia, żeby pomógł mi odnaleźć się na pętli tramwajowej. Facet mnie przeprowadza i zagaja?
- A pani coś widzi?
- Tylko światło.
- Ojej, pani taka ładna, a niewidoma.
- Proszę pana, gdybym oprócz tego jeszcze była brzydka, to już całkiem byłoby przerąbane.

piątek, 01 lipca 2016

Wprawdzie już lato, a humoreska żydowska jest raczej wiosenna, ale szkoda, żeby czekała cały rok.

- Panie Rebsztok, co będzie w lecie?
- Co ma być? Upał. Zastój w interesach. Rodzina pojedzie na wczasy. Ceny trochę wzrosną.
- Ale ja pana pytam, co będzie w lecie?
- A co jeszcze ma być? Ajzensztub zbankrutuje.
- Pan mnie nie przerywa! Ja się pytam, co będzie w lecie, kiedy panu już teraz tak nogi śmierdzą?

sobota, 25 czerwca 2016

Gościnnie zaglądam do sali jednej z nauczycielek. Oprócz niej zastaję tam o pięć lat młodszego ode mnie ucznia Szymona. Rozmowa się toczy, a co słychać, a czy kogoś masz, bo to już ostatni dzwonek i takie tam miłe tematy. Nauczycielka mówi:
- Bo tutaj, widzę, Szymon tak się uśmiecha... Myślę sobie: "jakby tu tak niegłupio odpowiedzieć, niby tak zalotnie, a jednak ucinając rozmowę?". Mówię:
- No, gdyby nie ta różnica wieku... Na co Szymon:
- Kasiu, ale przecież młodo wyglądasz.
A to młokos bezczelny, no! Wyrobiona ta dzisiejsza młodzież.


Na pikniku bonifraterskim zachwalano sprzedawany tam miód. Moje pytanie było takie:
- A to jest miód pitny czy pszczelny?
Wiecie, polonistyka.
Potem spieraliśmy się o sens słów piosenki "Pogoda na szczęście". Monika i Łukasz stwierdzili, że jest o niczym, więc ja przedstawiłam im, jak odczytuję ten tekst. Podparłam swoją interpretację argumentem z autorytetu: "polonistka wam to mówi", a Łukasz, drugi bezczelny bohater tej notki, odpowiada:
- Nie ufam osobie, która je miód pszczelny.


Jadę autobusem i słyszę narzekania bezdomnego pana już po paru głębszych. Rzeczywiście, historia nieprzyjemna - na czas snu przywiązał sobie do nogi reklamówkę ze swoimi rzeczami, a ktoś mu ją cichaczem ukradł. Najpierw była długa, smutna tyrada o tym, jaki jest świat, a na końcu pan wygłosił naprawdę wyjątkowe złorzeczenie pod adresem nieznanego złodzieja. Rzec można klasyka zharmonizowana z innowacją: "A żebyś zdechł i żeby ci w trumnie chuj stanął tak, żeby nie mogli wieka zamknąć!".


Oglądamy z Asią katalog Oriflame.
Asia: O, bransoletka na nogę.
Ja: mam taką bransoletkę na nogę.
Asia? Serio? I nosisz ją?
Ja: Nosiłam kiedyś.
Asia: I jak?
Ja: Na nogę.


Rozmawiam z Asią i Danielem o szpanujących mężczyznach, czyli właściwie o wszystkich. Najpierw stwierdzam, że nie lubię szpanerów. Rozwijam długi wątek o tym,, że żadnym szpanem jest dla mnie dobry samochód albo markowy zegarek. Co innego skrzypce na przykład. O, tym to można szpanować. Ale nie, bo jak ktoś dobrze gra na skrzypcach, to nie szpanuje, tylko po prostu umie grać. Potem, robiąc przegląd facetów, którzy mi się podobali lub podobają, stwierdzamy, że to szpanerzy. Staram się pozbyć dysonansu poznawczego i w końcu tak oto konkluduję rozmowę: "Wiem, bo mężczyzna mi nie przeszkadza, jak szpanuje i ma czym". Odkrywcze, prawda? Powiedzcie, że byście na to nie wpadli.
A potem zgłębiłam temat tego, jacy mężczyźni mi się podobają i poraził mnie następny dysonans, nawet wam nie powiem jaki. Dość, że zredukowałam go tym razem, dając mózgowi inne zajęcie. Przycięłam sobie mianowicie palec, sama zamykając drzwi i już nie zastanawiałam się, kto mi się podoba i czym warto przy mnie szpanować, tylko podskakiwałam dla złagodzenia bólu, pokrzykując: "ałaaa, o matko, o kurde!" i pokrewne.

A propos szpanowania to jeszcze jedna historia z czasów, gdy chodziłam do technikum stroicieli fortepianów. Na zajęciach warsztatowych omawialiśmy szpanowanie płyty w pianinie, czyli wklejanie w miejsca z ubytkami drewna tzw. drewnianych łódeczek, dzięki którym powierzchnia z powrotem będzie gładka. Berni jakoś tak sobie przysnęła. W sali stał przechowywany tam tymczasowo zestaw perkusyjny. Nauczyciel chwycił więc popychacz, czyli część pianina wyglądającą jak porządny, gruby kijaszek i z wielkim łomotem walnął nim w werbel. Zabrzęczało tak, że obudziłoby nawet umarłego, więc tym bardziej oddziałało na Berni.
- Co co co? - mamrocze wyrwana ze snu.
- Co to jest szpanowanie? - pyta nauczyciel.
- Ja wiem, co to jest szpanowanie, ale na pewno nie o takie panu chodzi.


Rozmowa o pewnym mężczyźnie:
Córka: On dużo pracuje, w domu jest dopiero wieczorem.
Babcia: To bardzo dobrze. Chłop w chałupie - wrzód na dupie.
Wnuczka: No, jak to? CO też babcia?
Babcia: Pieniądze przynosi, w nocy co ma zrobić, to zrobi, no to po co go więcej trzymać?
Trzeba tę babcię zapisać do jakiegoś feministycznego ugrupowania na stopniu niezaawansowanym. Taki odpowiednik zuchów.


Autentyczna rozmowa dwóch dziewczyn, niestety, nie zapisałam, czyja, a zresztą nie wypada tak śmiać się z bratowej:
- Jak wygląda twoja suknia ślubna?
- Pamiętasz, jaką miała Karolina?
- Nie.
- To ja mam bardzo podobną.


Rozwiązujemy jakiś test sprawdzający wiedzę. Karolina czyta pytania z komórki. Pytanie do mnie: "jak nazywa się najsłynniejszy angielski admirał?". Moje myśli zabawiły się ze mną w "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?".
- Wiem, yyy... Ten... - Klaszcze w dłonie. - John Smith!
No co? John Smith z "Pocahontas" był bardzo dzielny i choć nie był nawet admirałem, bo w ogóle to pomylił mi się z tym złym gubernatorem, to na pewno w kolejnej części by go awansowali. Jak się domyślacie, stał się hitem dnia. Po każdym pytaniu o nazwisko kogoś sławnego, na które ktoś nie znał odpowiedzi, wykrzykiwaliśmy próbnie: "John Smith".

Monika wydała taki pierdzący dźwięk, który chyba miał imitować sygnał z "Jednego z dziesięciu". Zabrzmiało całkiem egzotycznie, więc pytam:
- Na czym ty to piszczysz?
- Na buzi. No, dobra, ha ha ha!
Nie skojarzyłam, że to moja kolej, a tymczasem pada następne pytanie: "kto jest autorem słów: to be, or not to be"?
- Ja? - odpowiadam pytaniem. Do takiego cytatu zresztą chętnie się przyznam, nawet jeśli Szekspir miałby coś przeciwko temu. Jak mu coś nie będzie pasowało, to wyślemy Johna Smitha i go uspokoi.
Następne pytanie: "co oznacza skrót RAF? Odnosi się do lotnictwa.".
Maniek: Raźno ach fruwają?


Jak widzicie, pomimo postaci pobocznych główną bohaterką dzisiejszej notki jestem ja. A zatem na tytułowe pytanie: "Bo jak nie ja to kto?", śmiało można odpowiedzieć: "Bo jak nie ja to... John SMith".

środa, 01 czerwca 2016

"Milion lat w jeden dzień. Historia życia codziennego. Od jaskini do globalnej wioski" autorstwa Grega Jennera to zabawna, lekko napisana historia życia codziennego. Autor opisuje, jak poszczególne codzienne czynności: toaleta, przygotowywanie posiłków, mierzenie czasu itd. wyglądały w minionych wiekach, od prehistorii począwszy.


Gdybyście byli mnichem lub mniszką w wiekach średnich, wasze dni toczyłyby się w metronomicznym tempie dyktowanym przez cykl nabożeństw zwany liturgią godzin. W VII wieku papież Sabinian wydał edykt nakazujący, by każdą z tych modlitw poprzedzało bicie w dzwony. I chociaż w teorii sygnał ten miał wpływ jedynie na życie sług bożych, inni też zwracali nań uwagę. Po prawdzie nie bardzo mieli wybór – no bo jak zignorować taki łomot? W świecie średniowiecznej pobożności Europejczyk nigdy nie był bardzo daleko od kościoła, klasztoru albo katedry, więc rzadko kiedy znajdował się poza zasięgiem rażenia bożego budzika.


Niechęć do spuszczania spodni w miejscach publicznych podzielali także starożytni Żydzi, którzy kładli ogromny nacisk na wyrażanie duchowej czystości poprzez higienę. Przykładowo, nawet dzisiaj ortodoksyjnym Żydom nie wolno jest rozmyślać nad naukami Tory ani odmawiać modlitwy Szema w toalecie, a nawet z twarzą zwróconą w jej kierunku. Encyklopedia talmudyczna zawiera pomocną sugestię, by spożytkować ten czas na myślenie o finansach, chyba że jest szabat, kiedy to też jest zabronione. Wówczas najlepiej skupić się na pięknie sztuki.


Następnym punktem programu jest autentyczny średniowieczny dowcip:
Pytanie: Co ma najczystsze liście w lesie?
Odpowiedź: Ostrokrzew, bo nikt nie ma odwagi podcierać sobie nim tyłka!


Co ciekawe, sentencja przypisywana prorokowi Mahometowi głosi jednak, że jeśli do ocierania odbytu używa się kamyków, ich liczba powinna być nieparzysta. Sugeruje to wyraźnie, że u dawnych Arabów rolę papieru toaletowego mógł odgrywać kamień. Zważywszy na potencjalny dyskomfort takiego rozwiązania, próbowałbym raczej załatwić sprawę jednym kamykiem niż trzema.


Zdarzały się też przypadki, kiedy czyszczenie czyjegoś nocnika uważano za zaszczytne zajęcie. Angielski król Henryk VIII tytułował osobę odpowiedzialną za podcieranie swojego zadka Groom of the Stool [co można tłumaczyć jako „szambelan stolca”]. Do obowiązków wynikających z tej pozycji należała inspekcja monarszych odchodów i wąchanie pełnych majestatu bąków w poszukiwaniu ewentualnych objawów chorobowych. W takim zawodzie całkiem dosłownie robiło się komuś koło dupy, lecz płaca była bardzo godziwa, a pozycja prestiżowa – w końcu mało który mieszkaniec Anglii znał najpotężniejszego człowieka w kraju od tej strony.


Przed rokiem 1684 (kiedy postanowił zasłaniać się karmazynową kotarą) królowi Ludwikowi XIV często zdarzało się gawędzić z ludźmi nawet ze spuszczonymi portkami i podczas posiedzenia na sedesie, który wyglądał jak skrzynka z dającym się wyjąć nocnikiem. Mimo sugestii architektów monarsze nie podobał się pomysł przeznaczenia osobnego pomieszczenia na ubikację – uważał to za stratę pieniędzy i czasu. Czynności fizjologiczne wykonywał więc tam, gdzie akurat się znajdował. Jego swobodne podejście do przestrzeni osobistej nie przekładało się na wyrozumiałość dla poddanych – dworzanie siedzący z królem w powozie musieli zaciskać pęcherze przez całą drogę, nawet jeśli sytuacja była kryzysowa.

Nie tylko Ludwik XIV bez skrępowania defekował w obecności swej świty. Księżna de Bourgogne twierdziła, że nigdy nie wyraża się tak otwarcie jak wtedy, gdy siedzi na sedesie. Z kolei książę de Vendôme oburzył biskupa Parmy, witając go z wysokości swojego nocnika, a później przerywając dyskusję, by podetrzeć tyłek. Dla tych, co dobrze go znali, nie była to żadna nowina; de Vendôme podobno jadał posiłki, siedząc na klopie.


Pierwsze masowo produkowane rolki papieru klozetowego (w celach higienicznych nasączone ekstraktem z aloesu) stworzył nowojorczyk Joseph Gayetty w roku 1857. Nasze ulubione perforacje dzielące papier na odcinki wymyślono w latach siedemdziesiątych XIX wieku, a wzmocniona dwuwarstwowa struktura pojawiła się w latach czterdziestych ubiegłego wieku. Miękkość ówczesnego papieru zapewne pozostawiała wiele do życzenia, skoro reklama produktów Northern Tissue Company z lat trzydziestych zapewniała, że ich papier jest „pozbawiony drzazg”.


Drobną złośliwością historii było to, że otwieracz do puszek wymyślono dopiero w roku 1870, aż czterdzieści osiem lat po wynalezieniu samej puszki.


Medycyna egipska była bardzo zaawansowana, lecz miewała napady podejrzanych przesądów. Na przykład z uwagi na podobieństwo strusich jaj do ludzkiej czaszki przepisywano je jako lekarstwo po urazach głowy. Na tej samej zasadzie moglibyśmy leczyć raka jąder gorącymi kasztanami, a złamanie nogi – bagietką.


Wiemy już, że dobry użytek z pary robiły (i wciąż robią) hammamy na całym świecie. Miłośnikami takich kąpieli byli jednak i wikingowie. W popularnej kulturze przestawia się ich jako niedomytych barbarzyńców patrzących tylko, co by tu zgwałcić, obrabować albo podpalić. Lecz wikingowie byli w istocie pedantycznymi czyścioszkami, patrzącymi tylko, co by tu zgwałcić, obrabować albo podpalić. Mężczyźni poświęcali podobno całą sobotę (nazywaną Laudag, czyli „dzień mycia”) na porządną kąpiel. Sasi uważali ten zwyczaj za doprawdy dziwny, Saksonkom zaś (z oczywistych względów) całkiem się on podobał.


W XVI wieku królowa angielska Elżbieta I zainstalowała sobie w pałacu wspaniałą łaźnię parową i wygłosiła słynną deklarację, że kąpie się co miesiąc [...], niezależnie, czy tego potrzebuje, czy nie.


Syn Henryka IV, król Ludwik XIII, szedł w jego brudnawe ślady i z zadowoleniem mawiał: „Jestem podobny do ojca, też wonieję pachą”.


Nie tylko francuska magnateria miała w zwyczaju skrywać się pod grubą warstwą brudu. Angielska arystokratka lady Mary Wortley Montagu była flejtuchem w stopniu niemalże heroicznym; fryzurę miała wiecznie ulizaną od tłuszczu. Raz jakiś śmiałek odważył się napomknąć, że ma brudne ręce, na co lady Mary bez wahania odparła: „Ciekawe, co by pan powiedział na widok moich stóp!”. Najwyraźniej miała ogromny talent konwersacyjny, a oprócz tego wprowadziła w Wielkiej Brytanii wczesny typ szczepienia przeciwko ospie, więc powinniśmy podziwiać jej czupurną pewność siebie.


Brutalnie rzecz ujmując, przygarniając zwierzaka, postępujemy wbrew wszelkiej logice. Są wiecznie głodne, opieka medyczna dla nich nierzadko jest bardziej kosztowna niż nasza, wymagają ciągłego nadzoru, niszczą meble, non stop próbują z czymś kopulować, nie umieją się komunikować i nawet nie można ich zjeść. Mówiąc krótko: są jak nastolatki. Nawet angielski termin na zwierzę domowe – pet – w XVI wieku używany był do określania rozpieszczonych pociech (prawdopodobnie wywodzi się on od francuskiego słowa petit, czyli „malec”).


O książkach w formie współczesnej, tzn. otwieranych, z kartkami i w okładkach, które zastąpiły niegdysiejsze zwoje:
Ekspansja chrześcijaństwa – religii opartej na jednym świętym tekście – nieprzypadkowo zbiegła się w czasie z wynalezieniem książek. W I wieku, kiedy chrześcijaństwo było jeszcze uważane za dziwaczny wschodni kult jakich wiele, apostoł Paweł był prawdziwym hipsterem, lansującym się z jakimś składanym notatnikiem, podczas gdy ani jeden tekst znaleziony w zniszczonych w tym samym okresie Pompejach i Herkulanum nie miał formy kodeksu.


Zapewne w życiu nie słyszeliście o Johannie Gänsefleischu, i trudno się dziwić... kto chciałby opiewać cnoty faceta nazwiskiem Janek Gęsia Skórka? Nasz bohater zapewne doszedł do podobnego wniosku, bo przyjął nazwisko bardziej pasujące do jego ambicji i stał się Johannem Gutenbergiem, złotnikiem z Moguncji, który wielkimi literami zapisał się na kartach historii.


Zdejmujemy ze stojaka na wino butelkę merlota i przyglądamy się etykiecie. Piszą, że wino ma owocowy posmak i pasuje do czerwonego mięsa. Ale skąd mamy wiedzieć, czy jest dobre? W końcu wydaliśmy na nie tylko pięć funtów, więc może się okazać, że smakuje jak przetykacz do rur. Oczywiście na taką właśnie okoliczność Francuzi wymyślili system klasyfikacji: na samym dole są liche vin de table, potem vin de pays, następnie appellation d’origine vin de qualité supérieure, a na szczycie absolutna rewelacja – appellation d’origine contrôlée. Racja, w tych nazwach czai się niebezpiecznie dużo zupełnie niewymawialnych dźwięków, szczególnie jeśli jesteście już podchmieleni, ale sam system się sprawdza.

A starożytni? Czy rozróżniali trunki równie starannie, czy lali do gardła wszystko jak podleci? Snobistyczni amatorzy win z Egiptu korzystali z trójpoziomowej klasyfikacji. Jeśli wino było dobre, określano je jako nfr, jeśli było bardzo dobre – jako nfr-nfr, a jeżeli okazywało się absolutnie wyjątkowe... Cóż, chyba zgadniecie sami. (Tak: nfr-nfr-nfr. Dobrze wiedzieć, że pijacy zawsze lubili się powtarzać).


Sława [wina] falerno nieuchronnie doprowadziła do powstania tańszych podróbek. W pewnej tawernie w Pompejach można je było ponoć dostać za równowartość jednego sestercjusza – to cena równie podejrzana, jak pięćdziesiąt funtów za roleksa oferowanego w bramie przez gościa o przezwisku Uczciwy Bolo. Przykład Pompei świetnie ilustruje, jaki apetyt na wino miał przeciętny Rzymianin. W mieście zamieszkanym przez jakieś dwadzieścia tysięcy ludzi archeolodzy znaleźli pozostałości ponad stu barów (popinae) i zajazdów (cauponae).


Problematyczne były już same naczynia do picia wina (kyliks). Miały one dwa uszka i szeroką czaszę, przez co trudno je było podnieść do ust bez rozchlapywania trunku. Niejako wymuszały więc powolne picie. Często zdobiono je też motywem oka, przypominając, że nikt nie umknie przed wzrokiem społeczności – to tak na wypadek, gdyby ktoś w pijackim natchnieniu postanowił obsikać jakiś święty posąg albo przepłynąć się okrętem wojennym.


Revere, syn francuskiego imigranta, był utalentowanym złotnikiem, ale wzorem Foucharda zajmował się też sztuką dentystyczną. Opracował na przykład pastę do zębów, w której skład wchodziły masło, cukier, bułka tarta i proch strzelniczy. Pozostaje mieć nadzieję, że żaden z jego klientów nie palił fajki... Jeśli Amerykanie rzeczywiście wcierali w zęby cukier i materiały wybuchowe, duży popyt na sztuczne szczęki trudno uważać za dziwny. Revere świadczył i takie usługi – chylę czoła przed jego wyrachowanym praktycyzmem.


Moja redaktor z wydawnictwa Orion Bea Hemming jest szalenie błyskotliwa – to ona wymyśliła, żeby osadzić tę książkę w realiach współczesnego dnia. Zawsze będę jej wdzięczny za to, że najpierw zaoferowała mi możliwość sprawdzenia się w roli pisarza [...], a później cierpliwie uczyła mnie, że kluczem do stworzenia dobrej książki jest redakcja. Okazuje się, że nie trzeba wpychać wszystkich znanych sobie słów w jedno zdanie. Kto by pomyślał...


I jeszcze na koniec we wprowadzonym już toaletowym klimacie fragment XVIII-wiecznego eseju Pierre'a Thomasa Nicolasa Hurtaut pod tytułem "Sztuka pierdzenia":
Pierdnięć sztucznych nie wywołują ludzie przyzwoici, chyba że pomiesz- kują w jednej izbie albo śpią w tym samym łóżku. W takich razach można sobie pozwolić na puszczenie kilku dla śmiechu albo dla wyrobienia sobie miejsca. [...] Ale największa uciecha polega na przyjęciu bąka w dłori i przybliżeniu jej do nosa tej lub tego, z kim się leży w łóżku, dla oceny jego treści i smaku, chociaż znam takich, którzy w podobnych żartach nie gustują.

piątek, 20 maja 2016

Karola pracuje w mydlarni. Przychodzi facet i ogląda jakiś kosmetyk.
- To jest na bazie mleka z osła - mówi Karolina.
- Jak to z osła? - pyta klient.
- No, samica osła daje mleko - odpowiada Karolina.
- A, samica!
- Myślał pan, że samiec?
- Wie pani, różnie się może zdarzyć.


Małżeństwo jest jednością, czyż nie? Być może wynika z tego, że mąż myśli dokładnie to samo co żona, nawet jeśli sam jeszcze o tym nie wie. I dlatego Asia mówi do mnie: "mamy z Danielem taką refleksję (powiedziałam mu rano), że bogaci ludzie mają więcej dzieci".


Na urodzinach Karoliny Natalia i Łukasz wnoszą tort.
- pomyśl życzenie i dmuchaj.
- A czy jeśli powiem mężowi na ucho, to się też spełni? - pyta Karolina.
Na co Maniek:
- Tylko nie dmuchaj do ucha, bo jeszcze się okaże, że wylatuje drugim.


Gramy w Tabu. Asia naprowadza naszą drużynę na hasło:
- Ludzie nie lubią, kiedy w nim dłubiemy - mówi.
- Pępek - krzyczą Daniel, Łukasz i Franek.
- Odbyt - krzyczę w tym samym czasie ja.
- O pępek chodziło - wyjaśnia Asia.
- No ale ja nie dłubię w pępku, zwłaszcza publicznie - odpowiadam.
- Acha, ale w odbycie już tak?

Naprowadza Karolina:
- Taka muzyka, wiecie, taka, co tacy luzacy robią tak - i tu głosem, który w moim odczuciu miał imitować murzyńskie tam-tamy albo inne kubańskie bębny - umba-umba!
- Umba-umba? A może joł-joł - zasugerował Franek.
- No właśnie, tylko zapomniałam, jak to się robi.
Na koniec imprezy zawołaliśmy więc sobie gremialnie "umba-umba" i rozeszliśmy się w doskonałych nastrojach.


Rozmowa z czteroletnią dziewczynką:
- Jak było u babci?
- Słabo, bo wszystko było porozwalane i był straszny bałagan.
- Dlaczego?
- Bo my z Olą bałaganimy i po sobie nie sprzątamy.
- A dlaczego tak robicie?
- Tak zostałyśmy wychowane. W domu mama chodzi i sprząta.

Ta sama dziewczynka tak podzieliła dom swojej babci:
- Pokój cioci Asi to świat cukierków. Łazienka to świat baniek. Pokój babci to świat Pana Boga.
- A który świat wolisz?
- Świat cukierków jest najbardziej ekscytujący.
Ciekawe, co będzie, jak ona dorośniie.


Ostatnio przeżyłam terapię szokową, czyli praktyki w podstawówce - klasy 0-3. Nauczyciele wczesnoszkolni powinni mieć jakiś dodatek za pracę w szkodliwych warunkach.
Oto lista ważkich problemów wieku dziecięcego:
1. Proszę pani, czy jak mi się skończyła linijka, to mam pisać w następnej?
2. Proszę pani, a kiedy będzie śniadanie?
3. Proszę pani, mogę siku?
Odpowiedź pani: A jak myślisz?
4. Proszę pani, bo mi z nosa wyszła taka wielka koza!


Były jeszcze takie oto dialogi:
Pani: Co musi się stać, żeby wyrosła nam fasolka?
Maja: Musi być taki kwiatuszek.
Pani: Ale co musi się stać z tym kwiatuszkiem?
Julka: Musi go zapylić owad.
Maja (tonem, jakim się wytyka poważne błędy w czyimś myśleniu): To będziemy mieli owady w klasie?


- Proszę pani, bo Mikołaj mówi, że jestem głupi - skarży się Piotruś.
- Mikołaj, znowu mówisz dzieciom, że są głupie? A co będzie, jeśli my ci tak zaczniemy mówić?
- Właśnie, jesteś głupi, Mikołaj - przetestował strategię Piotruś.


Pani: Kto się urodził w Toruniu?
Dziecko: Mikołaj Kopernik.
Pani: A kim był Mikołaj Kopernik?
Dziecko: Dzidziusiem.


Siadam sobie z tyłu klasy i podbiega do mnie chłopczyk.
- Dzień dobry - mówi.
- Dzień dobry, jak masz na imię?
- Kacper. I jestem piratem z Nibylandii. I lubię biegać - Po czym prezentuje swoje hobby w praktyce, gdyby ktoś miał wątpliwości.
- Kacper, Kacper - pokrzykuję, żeby go zatrzymać, bo zaraz rozwali sobie głowę, albo na jego trasie znajdzie się ktoś inny. To jednak nie działa. - Hej, piracie z Nibylandii!
Kacper się zatrzymuje.
- Zmęczyłem się - sapie.
- To jesteś krótkodystansowym piratem. Zrobiłeś tylko trzy kółeczka i już się zmęczyłeś - mówię, niewiele myśląc, a więc, jak słusznie zgadujecie, zupełnie głupio. Mali piraci też mają ambicję i właśnie gdy już zdołałam go zatrzymać, prowokuję go ponownie.
- Nie prawda - obrusza się Kacper. - Mam siłę. Mogę też skakać. No i skacze, eh.
Na lekcji bajkowe fascynacje Kacpra przejawiały się w układanych przez niego zdaniach. Zdanie pojedyncze nierozwinięte: "Alladyn lata" rozwinęło się w zdanie złożone: "Dzielny Alladyn wysoko lata na czarodziejskim dywanie, który dostał od Dżina mieszkającego w lampie". Pojawiło się też: "Simba miał dwóch wspaniałych przyjaciół, którzy pomogli mu w trudnych chwilach i zadbali o jego zdrowie".
- A wie pani, z jakiej to jest bajki?
Zdania Kuby, aktualnie zamierzającego zostać poetą, wcale nie ustępowały barwnością zdaniom Kacpra: "Cwana hiena poluje na małą antylopę i zjada ją ze smakiem" - wymyślił Kuba.


A teraz trochę większe dzieci... W autobusie jeden chłopak mówi do drugiego:
- Ty, suchaj, muszę zrobić bierzmowanie.
- Jak to?
- No bo bede chrzesnym.
- No to grubo.


Inni dwaj panowie:
- Papież powiedział, że go eks..., ten, ekskomunikuje.
- A co to znaczy?
- No, że go z wiary wypierdolą.
Cóż powiedzieć? No to grubo.

środa, 27 kwietnia 2016

Z wieczoru panieńskiego Asi:
Asia: "on był panem młodym na swoim ślubie".

Również Asia: "Danusia zawsze była taka dobra. Pamiętam, jak wszyscy mieliśmy ospę, to Danusia chodziła jak epidemia do kolegów".

I nadal Asia (podczas pokazywania rodzinnych zdjęć): "To ze ślubu Gabryśki. Gabryśka to panna młoda - ta z welonem".

Pytanie na quizie sprawdzającym czy Asia dobrze zna swojego narzeczonego: "Jaką największą niespodziankę zrobiłaś Danielowi?". Asia nie znała odpowiedzi, więc czytamy, co napisał Daniel: "upiekła mi tort na urodziny". Na to Asia: "Jak to? Taka niespodzianka? Przecież wiedziałam, że mu upiekę ten tort".

Na wieczorze panieńskim powstało również nowe słowo: tradegia. W związku z tym przypomniał mi się cytat z opowiadania Melissy Senate pt. "Lalki voodo, miseczki C i Eminem":

"Michael naprawdę był pisarzem. Pracował nad swoją powieścią od niemal trzech lat (jego idolami byli Jonathan Frazen i Philip Roth). Moja matka, ciotka i Elizabeth- Jane upierały się, że Michael był kelnerem, nie pisarzem.
- Jesteś tym, na czym zarabiasz - oświadczyła ciotka Janet.
- Więc ciocia nie jest gospodynią domową? - błyskotliwie zripostowała Madison, zwracając się do ciotki, która nigdy wżyciu nie pracowała poza domem. - To kim, w takim razie?
Moja matka uderzyła Madison w twarz, a Madison wybiegła z pokoju i zamknęła się w łazience. Komedia. Dramat. Komedra. Dramedia."

A zatem mamy komedrę, dramedię i tradegię.


Mój wujek bardzo źle widzi, co jednak nie przeszkadza mu pomykać prawdziwą kolarzówką, tyle że bez hamulców. Wujek chciał odwiedzić swoją mamę, więc tą kolarzówką do niej przyjechał. Pędzi, pędzi i widzi czyjąś postać, stojącą przy drodze.
- Kto tam stoi? - woła wujek.
- Ja - odpowiada drugi wujek.
- Szwagier?
- Tak.
- To zatrzymaj mnie, szwagier, bo zajadę do sąsiada! -
- Dobra, ale ty przestań pedałować!


Moja mama jest fanką przyrody. Lubi sobie stanąć w oknie i zachwycać się mgłą albo bocianami. Wybrałyśmy się raz na spacer, obfitującym w zjawiska przyrodnicze. Najpierw poszłyśmy nad rzekę, gdzie bobry zbudowały tamę. Rzeczywiście imponujące. Potem zachciało mi się siku. Więc kucam pod jakimś krzakiem, suche trawki kłują mnie w tyłek, a ja staram się nie pamiętać o tym, że obnażam swoje łono na łonie przyrody. Tymczasem mama rozsiadła się na kurtce i mówi: "Jak pięknie ten dzięcioł stuka. I wiesz, dziecko, ile wokół nas jest różnych maleńkich żyjątek? Tego się nie widzi normalnie, ale jak spojrzeć pod słońce, to mnóstwo ich się roi. Jakież to wszystko jest piękne". Nie skaziłam więc pięknej przyrody moim moczem zatrutym E476 z czekolady, tylko postanowiłam zanieść tę toksyczną substancję do domu. Po drodze jednak napatoczył się zwalony pień, idealny, żeby sobie usiąść.
- Posłuchajmy przyrody - zakomenderowała mama, rozsiadając się na pniu. I właśnie wtedy zamiast śpiewu ptaszków, brzęczenia pszczółek i węża, który "śliską piersią dotyka się zioła', usłyszałyśmy disco polo: "bo nasza jest cała ta noc, wszystkie łapy w górę i zróbmy to". I wiecie? To chyba nawet nie był głos z Litwy, tylko z nieopodal zaparkowanego samochodu.


Ja (do Aśki i Daniela): Ja wiem, co jest najczęstszym powodem waszych kłótni.
Daniel: No co?
Ja (z pewnością terapeuty małżeńskiego z trzydziestoletnim stażem): Rozbieżność oczekiwań.
Daniel: Świetnie to ujęłaś. Równie dobrze mogłabyś powiedzieć, że Niemcy i Polska miały rozbieżne oczekiwania, co spowodowało wojnę, albo że śmiech pojawia się po zaistnieniu zabawnej sytuacji.


Babcia Stefana dostała od koleżanki perfumy przywiezione z Jerozolimy i sprzedawane tam wraz z innymi dewocjonaliami. Babcia pokazuje Stefanowi perfumy i pyta:
- Jak ci się podobają?
- No takie kościółkowe, jak kadzidło - mówi Stefan.
- Nie znasz się, nie prawda.
Jakiś czas potem babcia pokazuje perfumy swojej siostrze i mówi:
- Wiesz, jak czuję zapach tych perfum, to tak mi się ojciec Pio przypomina.


Zasłyszane na ulicy:
Dwóch chłopaków rozmawia i jeden mówi do drugiego: "wtedy jeszcze miał tamtą starą dziewczynę. W sensie poprzednią".


Podczas szukania piosenki na komputerze.
Monika: Gdzie to jest?
Maniek: Sprawdź w Muuuzyce.
Monika: Nie ma tego.
Maniek: Bo nie weszłaś do Muuuzyki.
Monika: A dokąd weszłam?
Maniek: Do Muzyki.
Monika: Nie ma Muuuzyki. Jest tylko Muzyka.
Maniek: To wejdź do Plikowni.
Monika: Nie ma.
Maniek: To do Danych.
Monika: Zrobię to inaczej. Znajdę przez Wyszukaj. Przez ile "u" Muuuzyka?
Maniek: A nie wiem. Jakoś dużo.

niedziela, 14 lutego 2016

Siedzę sobie grzecznie, trochę odpłynęłam, a tata na to: "Kasia myśli; zaraz coś na bloga pierdyknie". Taty trzeba słuchać, a zatem notka.


Daniel i ja zastanawiamy się, jak mogłaby wyglądać oprawa mszy ślubnej jego i Asi.
- Może świadkowie przeczytają czytania - proponuję.
- A może już tak nie kombinować - doradza tata.
- Dobrze - odpowiada na to mój przemyślny brat. - W takim razie zrobimy tak, jak miało być na początku. Tata przeczyta.
Domyślacie się chyba, że na tym taty ślubne propozycje się zakończyły.


Jadę taksówką i rozmawiam z kierowcą.
- Narobiło się tych korporacji, co naginają prawo, ich kierowcy nie muszą mieć licencji - narzeka on. - Ja to musiałem zdawać egzamin. A już najgorszy jest ten Uber. A to wszystko przez Gowina. Jakbym go spotkał w ciemnej uliczce, to bym go rozjechał - kończy z pasją.
- To trafiłby pan do więzienia. I co? - zauważam trzeźwo.
- To przynajmniej dla kolegów dobrze bym zrobił - odpowiada mi na to. Widzicie, jaki koleżeński?


Stoimy przed klatką Mańków. Asia ustawia Daniela przed domofonem i mówi:
- Mów do domofonu.
Na co Daniel wykrzykuje z heroldowskim wręcz zaśpiewem:
- Domofooonie! Domofonie! Mam do ciebie mówić!


Jesteśmy u Mańków. Większość gości już poszła. Monika dzieli pomiędzy pozostałych cukierki, których nie zjedliśmy. Maniek komentuje: "dobrze robisz, bo dzielenie łupów powinno się odbywać, kiedy już liczebność oddziału spadnie. Ale nie mogłaś jeszcze z tym dzieleniem poczekać?".


Przez pewien czas Maniek, surfując w ramach pracy po stronach urzędów, nadsyłał mi maile z serii "Śmieszno i straszno". W tej serii pojawiły się: Szkoła Podstawowa im. Zjednoczonej Europy w Kwidzynie, ulica Gnilna, ulica Pamiątkowa, gmina Siedliszcze oraz komunikat "brak aktualnie TOCZONYCH przetargów".


Kuzyn: Kasia, nalać ci jeszcze wina?
Ja: Nie, dzięki, już wystarczy.
Kuzyn: Dobra, to już nie kuszę, ale będę natrętny.


Franek jechał windą z jakimś zupełnie nieznajomym facetem. Facet znienacka pyta:
- Od kiedy pan nie widzi?
- A czemu pan o to pyta?
- Jadę, to pytam.


Dziewczynka lat 4: "Mamo, daj mi mandarynkę. Albo nie, jestem sprytna i sama sobie wezmę">


Kontakty można nawiązywać na wiele różnych sposobów. Mój brat na przykład zadzierzgnął pewną przelotną znajomość w taki oto sposób.
Jedzie sobie w Polskim Busie i pociąga nosem. Na to pan z siedzenia przed nim charcząco odkrztusza flegmę. Level 1 zaliczony.
Daniel smarka. Pan kaszle. Level 2 zaliczony.
- Kurwa, gdzie ten Radom? - mamrocze Daniel.
- Tablica jest Orońsko - odpowiada pan. Level 3. zaliczony.
Daniel chrząka.
- Ma pan chusteczkę? - pyta pan. Daniel pożycza. Pan idzie do toalety. Wraca i mijając fotel Daniela, mamrocze: "Kurwa, ale syf". Level 4 zaliczony.
Wreszcie pan oznajmia: "Już Radom". Level 5 zaliczony.
Gdyby tak jechali do Warszawy, to może umówiliby się na piwo.


Na kazaniu dla dzieci o siostrze Faustynie.
- Siostra Faustyna dość wcześnie odkryła swoje powołanie. A czy ktoś z was chciałby być księdzem albo zakonnicą? - pyta ksiądz Franciszek. - Bo ja jak byłem mały, to chciałem zostać papieżem.
Na to mały Pawełek:
- A jak wybrali papieża Franciszka, to ja myślałem, że to księdza wybrali.


Chyba ośmioletni brat mojej koleżanki pyta rodziców:
- Dlaczego nie zaprosiliście mnie na wasz ślub?
- Bo cię wtedy jeszcze nie było na świecie.
- A tak, nie pomyślałem o tym.

Jakąś rzecz skomentował również:

Ten sam mały osobnik z pomocą siostry pisze plan wydarzeń "Dziewczynki z zapałkami".
- Jaka to smutna baśń - zauważa siostra.< - Nie, smutne to by było, gdyby wpadła pod kosiarkę. Mogę tak napisać w moim planie?


Stefan chce jechać do Krakowa. Wcześniej zarezerwował bilet. Wsiada do autobusu i podaje swoje nazwisko.
- Tak, jest - mówi kierowca.
Po chwili okazuje się, że autobus jedzie do Lublina.
- Jak to możliwe? - pyta Stefan. - Przecież mówił pan, że jest rezerwacja na moje nazwisko.
- No, tak panu powiedziałem. Nie sprawdzałem nazwiska. Takie różne te nazwiska są.


Na Sylwestrze:
- Stoczmy bitwę na balony.
- Ale to nie będzie sprawiedliwe, bo w balonach zawsze kobiety wygrywają.


Koleżanka zootechnik opowiada nam o farmie mlecznej, na której pracuje.
- Jest 360 krów.
- A ilu ludzi?
- Jest nas ośmioro. Ja mam pod sobą siedmioro ludzi. Jest jeszcze pan Miecio, ale on jest dochodzący. On się głównie zajmuje inseminacją.
- Aha, czyli jest członkiem dochodzącym.
- A gdzie pan Miecio jest na tej drabinie?
- Pod 360 krowami.
- A czemu nie zapładniają tych krów byki, tylko inseminator?
- Nie dałoby się poskromić i wykarmić tylu byków. To się nie opłaca.
- Właśnie, a przecież wiecie, ile faceci jedzą.


Rozmowa o planowaniu rodziny.
- Czy wiecie, że plemniki potrafią żyć kilka dni? Mogą przebywać w kryptach pochwy.
- Gdzie?
- W kryptach. Serio, to się tak nazywa.
- Bo to w ogóle jest tak, że plemniki-dziewczyny są wolniejsze, ale dłużej żyją, a plemniki chłopaki żyją krócej, ale szybciej pędzą.
- Czyli rodzą się tacy ścigli synowie.
- Właśnie. A te plemniki z krypty to albo córki, albo tacy nieśmiali chłopcy.
- Tacy kryptosynowie.


U dentysty. Chłopiec czeka na wizytę, a moja kuzynka, która jest asystentką, odstresowuje go rozmową.
- Jaką ty masz fajną myszkę - Mowa o zabawce.
- TO jest szczur. Zbudowałem mu domek z klocków.
- A czy on z tobą śpi?
- Oczywiście, że nie. Przecież pani powiedziałem, że ma swój domek.
Mały siedzi na fotelu i pani dentystka najpierw pozwala mu się przejrzeć w lusterku, a potem mówi, żeby sobie wyobraził, że ma w zębie robaki i przy każdym włączeniu wiertarki odsyła jednego robaczka. A więc do każdego naciśnięcia potrzebne jest preludium.
- Uciekaj, robaczku, do krainy... - mówi pani dentystka i mały kończy. Robaczek ucieka na słońce, żeby się spalił albo do krainy olbrzymów. I gdzie w końcu zawitał nasz mały zębowy robaczek? - Uciekaj robaczku do krainy...
- Do krainy pedałów - kończy mały pacjent. Cisza, konsternacja, ojciec umiera ze wstydu.
- Do krainy pedałów? - pyta dentystka.
- Tak, żeby popedałował stąd daleko i już nie wrócił.
Na to pani dentystka do dorosłych:
- A myślałam, że już nie usłyszę nic śmieszniejszego od tego, co powiedziała jedna dziewczynka: uciekaj, robaczku, do pana Boga i złóż mu hołd.


Zdarzenie opowiedziane mi przez Stefana:
Jego znajomy nie ma dziewczyny i nie ma też pojęcia, dlaczego tak jest. Testuje więc różne metody i techniki podrywu, by znaleźć skuteczną. Mówi na przykład do koleżanki:
- Pamiętasz, jak ci powiedziałem, że jesteś bardzo ładna?
- No tak.
- Nic się nie zmieniło.
Ona zakłopotana. Chłopak na to:
- Nie bierz sobie tego do serca. Tylko sprawdzam, czy działa.


Z notatek Stefana. Mowa o Aleksieju Chomiakowie: "był to człowiek religijny, unikał pozamałżeńskich stosunków seksualnych z kobietami, można więc powiedzieć, że był ascetą".

środa, 16 grudnia 2015

Niestety, z braku w moim bliskim otoczeniu Daniela i Stefana notki pojawiają się rzadziej. Ale oto następna. Jeśli macie jakieś swoje śmiesznostki, umieszczajcie w komentarzach - będzie wesoło i więcej się tu będzie działo. A jeśli nie macie śmiesznostek, ale Wam się podobało, zostawcie emotkę. Mam lipny licznik wizyt i trudno ocenić stosunek botów do ludzi.


Dzwoni domofon. Odbieram.
- Słucham.
- Poczta.
- Poczta? Ale jaka poczta? - pytam zaskoczona, bo nie spodziewam się żadnego listu.
- Poczta Polska - odpowiada mi na to listonosz.
- No, tak, wiem, ale do kogo?
Wchodzi na górę, otwieram drzwi do mieszkania, a on mówi:
- Poczta Polska, proszę pani, istnieje coś takiego.


Damian (do nowożeńców): Mieliście świetną scholę na ślubie. Naprawdę rzadko słyszy się tak dobrą scholę.
Maniek: Jeszcze u Franciszkanów jest całkiem niezła.
Damian: Ale o który kościół ci chodzi?
Ja: Maniek chyba mówi o tym, gdzie są zwłoki błogosławionej Anieli Salawy. Ooo, znaczy relikwie!


Kupując na Allegro, dodałam przypadkowo trzy moździerze do koszyka. Klikam usuń. Allegro pyta, czy jestem pewna. ja potwierdzam, bo po co mi, drogie Allegro, trzy moździerze? Allegro na to: "dokonałeś wyboru, który bardzo nas smuci">


Kolega stoi w tramwaju i nagle czuje walnięcie w biodro. Ignoruje je - tłok, może ktoś potrącił go przypadkowo. Cios jednak zostaje wymierzony po raz drugi. Wymierza go babcia zajmująca siedzenie, przy którym on stoi. - Idź stąd - mówi babcia.
- Słucham? Dlaczego?
- Idź stąd. Śmierdzisz.
"Jak to" - myśli on. "Przecież właśnie wyszedłem z domu. Czym mógłbym śmierdzieć?".
- Nawylewa tego na siebie i śmierdzi - Przylatują słowa na skrzydłach wiatru pachnącego naftaliną i starym mydłem.


Z wykładu: "Zapytał mnie kiedyś student, czym się różni średnia od mediany. To mu odpowiedziałem: «panie, nie wiem, o co w tym tak dokładnie chodzi, ale wiem, że jak pan włożysz jedną nogę do pieca, a drugą do lodówki, to nie wyjdzie średnia przyjemność»".


To zdarzyło się już jakiś czas temu, ale historia jest warta opowiedzenia.
Tata chce podjeść coś z garnka nieumytymi rękami. Mama go przyłapuje na tym niecnym uczynku i wysyła do łazienki. Tata wraca, zjada już zgodnie z obowiązującym prawem, gdy nagle dławi się i nie może nabrać powietrza.

Najpierw mama i ja zamieramy w przerażeniu, a potem obydwie rzucamy się na rzężącego tatę. Przede wszystkim go chwytamy, ale leczenie dotykiem nie jest naszą specjalnością. Mama zaczyna więc z łomotem okładać go po plecach. Okładać - mówię - gdyż jeśli to nazwać oklepywaniem, do uderzeń właściwej mocy należałoby zastosować określenie "muskanie" albo "pieszczota morskiej bryzy" czy coś takiego. Mama osiągnęła niezły efekt akustyczny, ale mizerny medycznie.

Ja próbuję rozpaczliwie przypomnieć sobie wiedzę z zajęć udzielania pierwszej pomocy. Teoretycznie wiem, jak należy zastosować chwyt/manewr/rękoczyn Heimlicha, ale boję się praktycznie doświadczyć tym własnego ojca. Wpadam na pomysł dokonania innego rękoczynu. Zamiast wywrzeć nacisk na przeponę, jak opisuje Wikipedia, wywieram nacisk na plecy, który skutkuje powaleniem biedaka na kolana. Przyginam go do podłogi i wykrzykuję: "wymiotuj, wymiotuj!". Tata wydaje z siebie jeszcze dziwniejsze dźwięki, zapewne spowodowane dość niewygodną pozycją, w jakiej go ulokowałam, ale bezcennej rady nie słucha i oprócz zduszonych jęków nic innego nie wydobywa się z jego ust.

Wreszcie dochodzi do siebie, ale nie myślcie, że następują wiwaty. Wręcz przeciwnie. Mama chwyta za ścierkę i dalejże okładać nią ocalałego męża. Rytm jej uderzeniom nadawały takie oto okrzyki: "Co ty robisz?! Chciałeś mnie opuścić!". Prawdopodobnie Was to bawi i się teraz śmiejecie, ale tylko prawdopodobnie, bo kiedy opowiedziałam to na jednej z imprez, Damian ze śmiertelną powagą oznajmił: "to jest piękny dowód małżeńskiej miłości". Cóż, nie można odmówić trafności.

Kiedy przechodziłam kurs pierwszej pomocy, wyobrażałam sobie czasem, że oto ja, wykwalifikowana specjalistka, wykazując opanowanie lekarza z trzydziestoletnim stażem, bohatersko ratuję czyjeś życie. Po tej akcji w mojej rozsądnej głowie doszłam jednak do wniosku, że gdybym ja zabrała się za ratowanie czyjegoś życia, byłoby ono poważnie zagrożone. Więc niech nikt przy mnie nie rodzi, nie umiera i nie podejmuje podobnych niebezpiecznych działań, dobra?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
O autorze
Zakładki:
Tagi